28/06/2026 autor: K. Jamrozik
Żyjemy w kulturze, która na sztandarach chętnie wiesza hasła o wspólnocie, solidarności i budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Kiedy jednak te hasła materializują się w postaci realnych ludzi – członków lokalnych stowarzyszeń, fundacji czy Kół Gospodyń Wiejskich – nagle uruchamia się narodowy mechanizm ściągania w dół. Działalność społeczna, bezinteresowne poświęcanie własnego czasu, energii, a często i zdrowia na rzecz ogółu, to absolutny fundament zdrowego społeczeństwa. To postawa godna najwyższej pochwały. Dlaczego więc ci, którzy robią najwięcej, tak często stają się celem najbardziej prymitywnych ataków?
Każdy, kto choć raz spróbował zorganizować lokalny festyn, zbiórkę charytatywną czy warsztaty dla dzieci, musiał zderzyć się z tym ironicznym, pełnym jadu sykiem: „Wielka z niej działaczka – myślałby kto!”. To jedno zdanie to esencja czystej, bezczelnej pogardy. Skąd ono się bierze? Odpowiedź jest bolesna, ale prosta: to mechanizm obronny ludzi dotkniętych głębokim lenistwem, egocentryzmem i zwykłą, ludzką zazdrością. > Człowiek, który sam nie daje społeczności absolutnie nic, bo jego horyzont kończy się na czubku własnego nosa, czuje podświadomy dyskomfort, gdy widzi kogoś aktywnego. Aktywność sąsiada obnaża jego własną bierność. Najłatwiej jest więc zdeprecjonować cudze zaangażowanie. Skoro ja nie robię nic, to ten, kto robi coś, musi być „narwany”, „szuka poklasku” albo zwyczajnie „nie ma co robić z czasem”. To klasyczna próba wybielenia własnego egoizmu kosztem cudzej pracy.
Innym, wyjątkowo perfidnym przejawem tej mentalności jest samozwańcze przyznawanie prawa do bycia społecznikiem na podstawie... porządków domowych. Zza płotów i okien ruszają sędziowie z tezą: „O, ta to ma na podwórku wszystko zrobione, kostka wymieciona, to sobie może działać. Ale tamta? W domu bajzel, a do stowarzyszenia się pcha! Domem by się zajęła!”.
To absurdalne poczucie domniemanej wyższości jest niczym innym jak próbą zamknięcia ust ludziom z pasją. Kto dekretuje, że prawo do zmieniania świata na lepsze mają tylko właściciele idealnie przystrzyżonych trawników? Budowanie wspólnoty, pomoc potrzebującym czy animacja kultury nie wymagają sterylnego salonu – wymagają otwartego serca i odwagi. Krytykowanie kogoś za to, że woli poświęcić wolną sobotę na sprzątanie świata czy organizację pomocy dla chorych zamiast na polerowanie kafelków, to szczyt hipokryzji.
W dobie internetu działalność społeczna potrzebuje marketingu. Koła Gospodyń Wiejskich i lokalne NGO-sy nagrywają rolki na Instagrama, tańczą na TikToku, robią zdjęcia – po to, by dotrzeć do ludzi, zebrać środki, promować swoje idee. I co słyszą w zamian? „Ale z siebie błazna robi. W tym wieku? No patologia”. Opluwanie nowoczesnych form promocji działań społecznych to patologia czystej postaci. To strach przed nowoczesnością i zawiść, że ktoś potrafi się bawić, robiąc jednocześnie coś pożytecznego.
Musimy zacząć nazywać rzeczy po imieniu i postawić wyraźną granicę. Działalność w organizacjach pozarządowych jest głęboko użyteczna społecznie. Służy nam wszystkim – również tym, którzy stoją z boku i tylko krytykują.
Ludzie, którzy dobrowolnie wyrzekają się swojego wolnego czasu, którzy inwestują swoje siły, a nierzadko i zdrowie, by działać całkowicie za darmo dla dobra wspólnego, nie są „wariatami”, „błaznami” ani „tymi, którym się nudzi”.
To są BOHATEROWIE SPOŁECZNI. To oni są tkanką łączną naszych małych ojczyzn. Bez nich lokalna kultura, wzajemna pomoc i solidarność po prostu by umarły, zostawiając nas w świecie zimnego, egoistycznego konsumpcjonizmu. Czas zacząć ich głośno i dumnie chwalić, a jadowitych krytyków zostawić tam, gdzie ich miejsce – w mroku za ich własnymi, szczelnie zasłoniętymi firankami.